Ks. Stanisław Orzechowski o początkach Pielgrzymki Wrocławskiej

Pielgrzymka Wrocławska / Ks. Stanisław Orzechowski o początkach Pielgrzymki Wrocławskiej

– Jak zrodził się pomysł Pielgrzymki Wrocławskiej?

– Trzeba zaznaczyć, że grupy ludzi (zazwyczaj z Wrocławia) udawały się pieszo na Jasną Górę jeszcze przed tymi wielkimi, uroczystymi pielgrzymkami, które rozpoczęły się w roku 1981. Grupy te, liczące po kilkadziesiąt osób, wychodziły z Katedry. Liczniejsze grupy – zwłaszcza młodzieży akademickiej – dołączały do słynnych „siedemnastek” w Pielgrzymce Warszawskiej. W roku 1977 zostałem niejako przymuszony przez młodzież akademicką do wzięcia udziału w Pielgrzymce Warszawskiej. Była to pielgrzymka olbrzymia: brało w niej udział kilkadziesiąt tysięcy ludzi! Właśnie ta wielka liczba uczestników stwarzała poważne trudności, wręcz ponad siły organizatorów – czyli Ojców Paulinów. Wtedy Ksiądz Prymas Kardynał Wyszyński zgodził się na decentralizację Pielgrzymki Warszawskiej.

Wprawdzie wcześniej chodziły niezależnie pielgrzymki: kaliska, opolska, pielgrzymki z Górnego Śląska, ale po tej decyzji Księdza Prymasa, jak grzyby po deszczu, zrodziły się następne: poznańska, rzeszowska, siedlecka, tarnowska, gdańska, szczecińska – tak że w tej chwili nie ma regionu naszego kraju, który nie byłby reprezentowany samodzielnie.

Inicjatywę zorganizowania samodzielnej pielgrzymki wrocławskiej podjął nasz Ksiądz Kardynał Henryk Gulbinowicz, a jako odpowiedzialnego za realizację tego dzieła wyznaczył księdza Andrzeja Dziełaka i mnie, czyli ks. Stanisława Orzechowskiego. Od tego czasu (jesień 1980) rozpoczęła się – bardzo zresztą trudna – organizacja. Przede wszystkim trzeba było wytyczyć drogę pielgrzymki, a to nie jest łatwe; kto był na pielgrzymce, ten już wie, jak licznymi kryteriami trzeba się kierować przy wyznaczaniu trasy. Ten trud (trasa, miejsca odpoczynków i noclegów) spoczywał początkowo na niewielu organizatorach.

– Czy były jeszcze inne trudności?

To, że doszło do przeprowadzenia pierwszej pielgrzymki, zawdzięczamy Panu Bogu. W roku 1980 i 1981 z łatwością mogliśmy przebrnąć przez wszystkie przepisy dzięki „Solidarności”. Następne pielgrzymki odbywały się już w ogromnym trudzie, zwłaszcza ze względu na mnożące się – czasem z miesiąca na miesiąc – przepisy; by pielgrzymka mogła w ogóle wyruszyć, potrzeba było ponad dwadzieścia zezwoleń z różnych instytucji! To było najtrudniejsze. Wspomnieć także trzeba o nieustannej inwigilacji panów z Urzędu Spraw Wewnętrznych, którzy zawsze towarzyszyli pielgrzymce. Często wręcz na trasie trzeba było przeprowadzać długie rozmowy i wyjaśniać ich zastrzeżenia. Ciążyło to jak jakaś ciężka czapa nad pielgrzymką.

– A radości tej pracy organizacyjnej?

Ogromne włączenie się ludzi świeckich, zwłaszcza młodzieży akademickiej. Ponadto wielka liczba młodych księży, wkładających od początku serce w to dzieło. Stąd też nasza pielgrzymka cieszy się dobrą opinią, panowała wokół niej dobra atmosfera.

– Komu należałoby dziś szczególnie podziękować?

Wracając do pierwszej pielgrzymki, trzeba powiedzieć, że w pewnym sensie ważyły się tam losy tej i przyszłych pielgrzymek. Dziewiczy etap z Wrocławia do Januszkowic wynosił… na pewno 50 kilometrów. Warunki atmosferyczne, zwłaszcza upał, spowodowały, że przyszliśmy na nocleg około północy, a niektóre grupy jeszcze później. Wtedy to duch pielgrzymkowy właściwie się załamał: widząc ogromne wyczerpanie fizyczne ludzi, niektórzy przewodnicy gotowi byli zrezygnować ze swojego udziału.

I wtedy pamiętam, że swoją roztropnością i radą bardzo nam pomógł Rektor Uniwersytetu Wrocławskiego, prof. Józef Łukaszewicz. Jako doświadczony pielgrzym (brał udział w pieszej pielgrzymce do Rzymu) zaproponował, by jeden dzień odpocząć. I rzeczywiście: po tym odpoczynku pielgrzymka szła już dalej bardzo sprawnie, chociaż na Jasną Górę przyszliśmy jeden dzień później, czyli w samą Uroczystość Wniebowzięcia NMP. (Jeżeli Ojciec Kustosz z Jasnej Góry zgodzi się na naszą propozycję, to w jubileuszowej, dziesiątej pielgrzymce przeżyjemy to wejście 15 sierpnia jeszcze raz).

Należy tutaj wspomnieć pierwszych Księży – Przewodników, zwłaszcza Ojców Duchownych, ponieważ dźwigali oni wielki ciężar tworzenia ducha pielgrzymkowego: ducha pokuty, modlitwy, radości chrześcijańskiej i braterstwa. Wspomnę więc pierwszego ojca duchownego ks. Mirosława Drzewieckiego, a później wieloletniego i trwającego do dziś na tym stanowisku ks. Aleksandra Radeckiego . Weszły już do stałej pielgrzymkowej tradycji jego słynne dni pokutne w drugi dzień pielgrzymowania, na trasie z Trzebnicy do Oleśnicy.

Gdy chodzi o sprawy organizacyjne, bardzo wielka wdzięczność należy się naszym głównym porządkowym, to znaczy ekipie Karola i jego kolegom z Parafii św. Elżbiety we Wrocławiu. Rzeczywiście doszli już oni do perfekcji w prowadzeniu całej kolumny pielgrzymkowej.

– Jak ksiądz widzi udział obcokrajowców?

Bardzo dobrze! Wnoszą oni swój oryginalny wkład, swoją duszę. W pierwszym rzędzie należy zauważyć dosyć liczny i najwierniejszy udział Francuzów, a w ich grupie brata Michaela, który od drugiej pielgrzymki wędruje z nami. Korzystając z okazji, chcę mu podziękować za ogromną pomoc. To, że w ostatnich latach zdarza się niewiele awarii urządzeń nagłaśniających, że nasza służba zdrowia ma niezbędne leki i środki opatrunkowe – to zasługa Francuzów. Im trzeba też dziękować za duże termosy, dające możliwość zaopatrzenia w gorącą herbatę czy kawę nawet najdalej od bazy nocujących grup. A jeszcze kilka kuchni wojskowych (z których każda gotuje ok. 500 l. wody), prowiant przywożony na pielgrzymkę, ostatnio zaś piła spalinowa, która ułatwi pracę kucharzom…

Godny zauważenia jest także udział i wkład w pielgrzymkę Włochów, zwłaszcza podczas VIII pielgrzymki, gdy młodzież z ruchu „Comunione e liberazione” utworzyła samodzielną grupę 28 (oliwkową).

Dosyć regularnie uczestniczą w pielgrzymce wrocławskiej Niemcy, Słowacy, od kilku lat także ludzie z terenu Związku Radzieckiego oraz pojedyncze osoby z Anglii czy Filipin.

– Czy było podczas pielgrzymki jakieś wydarzenie, które specjalnie utkwiło w Księdza pamięci?

Było to podczas piątej pielgrzymki. Pan Bóg oczyścił nas wtedy przez pogodę deszczową: cztery dni i noce padał ulewny deszcz, tak że niektórzy pielgrzymi nie mieli już suchej odzieży – przemokło wszystko (od tego czasu nie wierzę już w żadne nieprzemakalne kurtki, płaszcze czy namioty, bo nic z tych rzeczy – zwłaszcza wykonanych przez nasz przemysł – nie wytrzymuje próby).

Kiedy w czwartym dniu wyruszyliśmy z Bukowia, na skrzyżowaniu z trasą na Kluczbork zatrzymało się auto. Wychylili się z niego dostojni księża, którzy radzili rozwiązanie pielgrzymki. Pielgrzymi zatrzymali się, a widząc moje zdumienie, poprosili o zrelacjonowanie rozmowy z gośćmi. Wtedy księża siedzący w samochodzie musieli szybko opuścić pielgrzymkę; wola dotarcia do Częstochowy wśród tych zmokniętych ludzi była tak wielka, że nie dopuścili do głosu gości w sutannach. Było to niesamowite w tych dniach deszczu, przemoczenia, wielkiego trudu i zimna, ten podniosły, radosny nastrój ludzi. To mnie zaskoczyło i to będę pamiętał do końca życia…

– Chciałbym teraz zapytać o osobiste doświadczenia wewnętrzne w przeżywaniu drogi do Częstochowy.

Jest bardzo mocne. Dla mnie osobiście pielgrzymka jest doświadczeniem tego, co jest istotą chrześcijaństwa, a więc: homo viator – człowiek w drodze. Wiem, że kiedy jestem w drodze, i to w drodze do takiego Celu, do Domu Matki, duchowego Domu Polaków, wtedy realizuje się moje zasadnicze powołanie człowieka i chrześcijanina: być w drodze. Człowiek pozbawiony jest wtedy niepotrzebnych tobołów, obciążeń, wolny od tego wszystkiego, co tak krępuje: idzie na spotkanie z Bogiem! Dlatego też nigdy mnie nie martwiło coś takiego, co się często zdarza na pielgrzymce: gubienie osobistych bagaży (tak po cichu to się nawet tak troszeczkę modlę, aby się coś takiego stało, bo wtedy człowiek jest zupełnie niezależny – gdzieś tam się prześpi, strawę też jakąś dostanie, a w tym doświadczeniu wewnętrznym widzi istotną treść chrześcijaństwa i tego, czego Pan Bóg od nas wymaga: nieprzywiązywania się do rzeczy zewnętrznych).

Na pielgrzymce jest tych rzeczy zewnętrznych, materialnych niewiele i stąd tam najwięcej doświadczam tej osobistej wolności.

– Czy już dziś można dostrzec owoce naszego pielgrzymowania?

Myślę, że tak. Podczas pielgrzymki następuje integracja, zwłaszcza tego kwiatu młodzieży katolickiej. Ludzie podtrzymują później te znajomości i nie jest to zjawisko rzadkie, że podczas pielgrzymki dochodzi do znajomości, związania się par, później narzeczeńskich, a w ostatnich pielgrzymkach jesteśmy świadkami zawierania związków małżeńskich.

Najpiękniejszym owocem dotychczasowych pielgrzymek jest to, że wiele grup spotyka się w dalszym ciągu po zakończeniu pielgrzymki, a kilka grup ma wręcz regularne spotkania, np. 19, 20 i 10 na Przełęczy Jugowskiej. Dokonuje się wtedy odnowienie ducha pielgrzymkowego, a przede wszystkim odnowienie i umocnienie tych dobrych więzi międzyludzkich i chrześcijańskich, które zostały zawiązane podczas drogi na Jasną Górę.

Owocem pielgrzymki z Wrocławia na Jasną Górę jest też powiększająca się z roku na rok pielgrzymka z Wrocławia do Trzebnicy, ofiarowana zawsze w intencjach Ojca św. (16. X. – rocznica wyboru Jana Pawła II). Jest to jakby epilog pielgrzymki wrocławskiej.

– Jest Ksiądz bodaj najpopularniejszym prelegentem podczas pielgrzymek. Proszę przyznać się do swoich ulubionych tematów.

Przede wszystkim poruszam zawsze kwestię sumienia, ponieważ żaden przewodnik, ksiądz czy porządkowy nie upilnuje pielgrzyma, jeśli człowiek w czasie drogi nie będzie się kierował swoim dobrym sumieniem. Ten temat zawsze powraca na pielgrzymce. Inny temat to sprawa rodzinności na pielgrzymce – i nie tylko; pielęgnowanie i odnawianie się naszych rodzin polskich. Dlatego często mówię o domu rodzinnym ze słynnym stołem jako miejscem spotkań.

– Na koniec chcę poprosić o przedstawienie planów i perspektyw naszej wrocławskiej pielgrzymki.

Niektóre plany już się powiodły. Zawsze moim marzeniem było, aby pielgrzymka objęła swoim świadectwem większą liczbę naszych miast, miasteczek i wsi w Archidiecezji Wrocławskiej. Duszpasterzom Jeleniej Góry już udało się zorganizować pielgrzymkę, która wyrusza cztery dni wcześniej, zabierając po drodze pielgrzymów z Legnicy i okolic. Podobne plany mają już duszpasterze Kotliny Kłodzkiej i Wałbrzycha, zamierzając przejść południową stronę Archidiecezji i połączyć się z pielgrzymką wrocławską już na Opolszczyźnie.

Jest też wielkim marzeniem pielgrzymów wrocławskich, aby kiedyś (przynajmniej raz) przedłużyć nasze wędrowanie aż do Ostrej Bramy. To marzenie, poparte modlitwą, jest już obecne w pielgrzymce wrocławskiej i wierzę, że przy pomocy Bożej ten plan zrealizujemy.