Od pielgrzymowania do służby – pisze dr Anna Orońska

Moją pierwszą pielgrzymką była ta III – w 1983r. Namówiły mnie na nią pielęgniarki, z którymi na co dzień pracuję, tak że od razu byłam „lekarzem w grupie”. Zdarzyło się, że jednego z braci pielgrzymkowych na postoju użądliła osa – dostał ciężkiego wstrząsu uczuleniowego, dzięki naszej szybkiej interwencji wyszedł z tego cało. No i od następnej pielgrzymki byłam już na bazie medycznej, jako jej szefowa. Ciągle jednak chodziłam w pielgrzymce, tak jak reszta lekarzy, wieczorem razem pomagaliśmy na bazie chorym lub tylko obolałym pielgrzymom. Nasz dzień kończy się około 1-2 w nocy. Później miałam ze względów rodzinnych kilkuletnią przerwę w pielgrzymce, a 3 lata temu okazało się, że ze względu na chorobę kolana nie mogę już iść. Powstało pytanie: zrezygnować czy zabezpieczać dyżury na karetce? Zdecydowałam się na to drugie. Nie było łatwo: nie uczestniczy się w modlitwach, konferencjach, pozostaje msza św, o ile nie trzeba akurat jechać do szpitala… A poza tym dotychczasowy system „dyżurów” działał zupełnie dobrze, także świetnie by się beze mnie obyło. Niektórzy „starzy” pielgrzymi robili czasem uwagi, że „doktorce znudziło się chodzenie”. Ja sama czułam się głupio, że nie mam bąbli, że jestem „pod dachem”, gdy na pielgrzymów pada deszcz. Tylko upał dokuczał tak samo.

Ale odkryłam coś nowego i wspaniałego, też dzięki rekolekcjom dla służb: „życzliwość, akceptację i dowody sympatii, przyjaźni osób ze służb pielgrzymkowych. Dla mnie też oni są bardzo bliscy. Ale czy to wystarczający powód, by „wozić się” na pielgrzymce? Moje wątpliwości rozwiał Orzech, mówiąc na kazaniach o wartości „miłości wzajemnej”.